B.U.L.E.R.

Bardzo Utalentowana Leszczyńska Ekipa Rowerzystów

15 sierpnia 2013 - Mosty na Baryczy w Osetnie i Ryczeniu

Miniatura galerii

Pamiętacie jak w pewnym opisie wycieczki (hm... chyba to było w sprawozdaniu z wyjazdu do Starego Bojanowa i Morownicy w 2011 roku) stwierdziliśmy z Darkiem, że jakoś tak ciężko nam się zgadać na wspólny wyjazd? Nie inaczej jest w tym roku. Zbliżał się długi weekend, nie mieliśmy nic innego w planach, zdecydowaliśmy się więc na plener.

Kilka dni wcześniej pokazywałem Darkowi most nad Baryczą, który kiedyś zobaczyłem jadąc w stronę przeprawy na Odrze w Ciechanowie. Temat nas zainteresował - dlatego zdecydowaliśmy, że jedziemy w tamte rejony.

Pogoda od rana była zachęcająca - na niebie ani jednej chmurki, było ciepło i przyjemnie. Umówiliśmy się u Darka, bo tam mieliśmy załadować nasze rowery na samochód.
To był czwartek, święto Matki Boskiej Zielnej, dzień wolny od pracy, dlatego zakładaliśmy, że sklepy będa pozamykane i nie będziemy mogli nigdzie kupić czegoś do jedzenia. Zabraliśmy ze sobą wałówkę by nie paść po drodze z głodu. Rowery zostały zapakowane na bagażnik i odpowiednio umocowane. Kilka minut po 10 wyruszyliśmy w stronę Góry Śląskiej, a za nią skierowaliśmy się do Ryczenia. Na miejscu zaparkowaliśmy samochód obok tamtejszego sklepu. Darek zajął się zdejmowaniem rowerów z bagażnika, a ja, zamiast pomóc koledze, zacząłem rozglądać się po okolicy. Kilka kroków od nas zauważyłem bardzo fajną tablicę informacyjną dla turystów, na której zaprezentowano walory okolicy.

Nasze pojazdy zostały wyładowane, wyposażone w torby na bagażnik, mogliśmy więc ruszać... Spojrzałem na zegarek - była 10:39... Historyczna chwila - nasz pierwszy wspólny wyjazd w tym roku czas zacząć! ;)
Skierowaliśmy się w stronę widocznego nieopodal mostu, pod którym spokojnym nurtem płynęła Barycz. Darek sprawdzał coś jeszcze w swoim ekwipunku i najwyraźniej coś mu nie pasowało, a ja, w tym czasie, zszedłem tuż nad wodę, by z bliska przyjrzeć się rzece. Barycz, choć nie krystalicznie czysta w tym miejscu, pozwalała jednak dostrzec co nieco na swoim dnie. To fajnie, że nasze rzeki są coraz czystsze.
Darek w końcu uporządkował swoje wyposażenie i mogliśmy już jechać dalej. Chcieliśmy odnaleźć w pobliskim lesie miejsce, gdzie podobno kiedyś stał... czołg! Skręciliśmy z szosy i zaczęliśmy szukać skrzyżowania, gdzie powinien stać pojazd... Kluczyliśmy po leśnych duktach, bo nawigacja trochę się gubiła wśród drzew i jakoś nie bardzo mogliśmy trafić do celu. Przedzieraliśmy się przez zarośnięte pokrzywami i innym zielskiem leśne drogi walcząc z przeszkodami. W końcu dotarliśmy do skrzyżowania, gdzie wg mapy miał być czołg. Miał być, ale go nie było. Czyżby to robota złomiarzy? Hm... No trudno, musieliśmy obejść się smakiem i jechać dalej. Trochę poprawiliśmy sobie nastroje kosztując napotkane borówki. Darek zaczął pstrykać im zdjęcia, a ja postanowiłem pozbierać trochę owoców by zabrać je ze sobą. Całe szczęście, że w przepastnych czeluściach mojego plecaka znalazłem odpowiednie pudełko - inaczej pewnie musiałbym je chyba schować do kieszeni. Hm... Już widzę ten dżemik, kóry przypadkiem mógłby się tam później pojawić ;)
Chcieliśmy jechać dalej, ale wtedy zauważyliśmy fajny, leśny dywan oświetlony światłem. Mówię wam - ten zielony, delikatny i nagrzany od letniego słońca mech... Miodzo! Oczywiście niezwłocznie, zupełnie jak komandosi, zalegliśmy na ściółce i rozpoczęliśmy sesję zdjęciową, przy okazji tocząc pojedynek na aparaty fotograficzne. Kto wygrał? Oceńcie sami...

Las borówkowy (ten z czołgiem ;) ) wreszcie się skończył, wyjechaliśmy na szosę, postanowiliśmy zawrócić w stronę Ryczenia i tam skręcić w inny las, by w nim poszukać drogi do Osetna. Sprawdziliśmy jedną drogę, potem drugą - żadna jakoś według nas nie prowadziła w kierunku Osetna. W końcu wyjechaliśmy na dość szeroki, leśny dukt, który doprowadził nas do niewielkiego mostka. Zatrzymaliśmy się tutaj na chwilę by popstrykać to i owo. Darek, jak na rasowego fotografa przystało, zabrał się do roboty jak profesjonalista. Rozstawił statyw, zamocował aparat i zaczął robić zdjęcia rzeczki, która leniwie płynęła sobie przez las... Najwyraźniej był zadowolony z efektów o czym dobitnie świadczyła jego mina. Darek focił, a ja w tym czasie zainteresowałem się ważką, która niepostrzeżenie przysiadła sobie na balustradzie mostu. W ogóle się nas nie bała! Albo tak zapatrzyła się na to, co robi Darek, że zapomniała o całym świecie? A może to nasz urok osobisty tak na nią wpłynął? No, ale te miłe, wspólnie spędzone chwile nie trwały długo - czas nam było w drogę.
Nie ujechaliśmy nawet kilkuset metrów, gdy przy drodze zauważyliśmy kępkę wrzosów. Domyślacie się zapewne, że nie byłoby to w naszym stylu, gdybyśmy nie zeskoczyli prawie w pełnym biegu z naszych rowerów i nie zabrali się do fotografowania tych pięknych kwiatów.

[Ciąg dalszy relacji pod pierwszą częścią galerii zdjęć]


Ale nie tylko wrzosy były atrakcją tego miejsca. Kikadziesiąt metrów dalej ujrzeliśmy trójkolorowy las. Myślę, że jak przyjrzycie się dokładnie pniom to domyślicie się dlaczego tak go nazwałem. Patrzyłem na te drzewa i miałem wrażenie, że ta ciemnopopielata kora to ślady po jakiejś wielkiej powodzi - przecież niedaleko płynie Barycz, a widziałem co ta rzeka potrafi podczas wielkiej powodzi pod koniec lat '90...

No dobrze, ale nam przecież trzeba jechać do Osetna - na most, a nie oglądać jakieś tam popowodziowe drzewa ;)! Ruszyliśmy w dalszą drogę. Dojechaliśmy do niewielkiej wioski, zatrzymaliśmy sie na chwilę na skrzyżowaniu i... dokąd teraz? Nawigacja wciąż strajkowała, mapa też nie była bardzo pomocna bo przecież nie znaliśmy nazwy miejscowości, a nikt nie pomyślał, żeby postawić tabliczkę informacyjną od strony lasu ;). W końcu zdaliśmy się na nasz instynkt i skręciliśmy w prawo. Po drodze mijaliśmy pole z resztkami łodyg rzepaku (jeśli się mylę, bom miastowy, to przepraszam właściciela pola) nad którymi latały miliony motyli. Było ich tyle, że ja jeszcze w życiu nie widziałem takiej ilości owadów na raz. Niestety musicie uwierzyć mi na słowo, bo nie mam z tamtego miejsca żadnego zdjęcia. Aż sam się sobie dziwię, że niczego tam nie strzeliłem.
Ruszyliśmy w drogę. Przed nami widać było budynki jakiejś miejscowości, którą okazały się być Luboszyce. Byliśmy trochę daleko od Osetna i czekała nas jazda po szosie. Trochę nam miny zrzedły, bo za bardzo nie lubimy jeździć po asfalcie to raz, a do tego wiatr wiał nam, (jak zwykle) w twarz. Ale co mieliśmy zrobić? Nie było innego wyjścia jak tylko pedałować dalej.
W końcu dojechaliśmy do celu i mogliśmy podziwiać stary most nad Baryczą. Szukałem na jego metalowych elementach jakiejś informacji o producencie, ale, niestety, niczego nie znalazłem. Pomyślałem, że to pewnie jeszcze poniemiecka konstrukcja, ale też przyszła mi do głowy taka myśl, że przy takiej atrakcji mogłyby być tabliczki informacyjne. Dziwię się za każdym razem, że miejscowym nie zależy na tym, by jakoś zainteresować turystów.
Zszedłem niżej, nad rzekę i oglądałem sobie most od spodu ;) Bardzo podobały mi się filary (tak to się chyba nazywa?) - że też kiedyś, komuś, chciało się budować tak solidną konstrukcję? No tak, ale jeśli Barycz, od czasu do czasu, tak solidnie wylewa, to nie ma się czemu dziwić.
Wróciłem na most i zacząłem szukać Darka, który pojechał gdzieś do przodu. Znalazł się kilkadziesiąt metrów dalej, na drugim, takim samym, moście. Pojechałem tam i obok, wśrod drzew, ujrzałem takie fajne wzory na bajorku ;) Zastanawialiśmy się czy to przypadkiem nie są ślady po żabach? Nie widzieliśmy żadnej, nie mogliśmy więc się upewnić, pozostaliśmy więc w sferze domysłów ;).

Poczuliśmy głód. Zaatakawał nas, drań, znienacka i nie odpuszczał. Postanowiliśmy poszukać jakiegoś odpowiedniego miejsca na drugie śniadanie, którym okazało się... skrzyżowanie leśnych dróg :) Pałaszowaliśmy kanapki rozmawiając między innymi o... ustawie śmieciowej. Jest to tak po prostu wymarzony temat do rozmów przy jedzeniu, prawda? ;) Po kilku chwilach odpoczynku ruszyliśmy i pochłonięci rozmową o mały włos przeoczylibyśmy kolejny cel naszej wycieczki - jaz na Baryczy. Weszliśmy na niego by podziwiać z góry rzekę. Próbowałem kilka razy zrobić Darkowi pamiątkowe zdjęcie, ale jakoś nie chciał mi pozować ;).

Pojechaliśmy dalej, już w stronę Ryczenia, gdzie zatrzymaliśmy się jeszcze raz na moście przed tą miejscowością. Tutaj Darek rozstawił sprzęt i zajął się testowaniem swojego nowego aparatu pod kątem zdjęć w podczerwieni. Na jednym z nich to ja byłem modelem - uwierzcie mi, trudno jest stać nieruchomo przez 30 sekund :) Kiedy mój kolega wyczarowywał zimowe sceny z letnich krajobrazów zauważyłem w pewnym momencie, że zza zakrętu wypływają kajaki. Panowie kajakarze, kiedy podpłynęli w pobliże mostu, śląską gwarą zapytali nas czy to Ryczeń. Po usłyszeniu potwierdzenia przepłyneli pod mostem i zaparkowali swoje kajaki na brzegu. Muszę przyznać, że ich kolory bardzo fajnie kontrastowały z zielenią trawy. Zresztą nie tylko mnie podobał się ten widok ;)

Nasza wycieczka właściwie już dobiegała końca. Mieliśmy się już pakować do samochodu, ale Darek zaproponował, że pokaże mi jeszcze stawy za Ryczeniem. Pojechaliśmy je zobaczyć. Zatrzmaliśmy się na pasie ziemi między Baryczą a stawami i tam Darek zaczął jeszcze raz eksperymentować ze zdjęciami w podczerwieni, a ja zszedłem nad Barycz (nawet nie wiedziałem, że Darek w tym czasie skończył z podczerwienią i zrobił mi zdjęcie). Oglądałem sobie kajakarzy, którzy następnymi falami płynęli w stronę mostu, gdzie czekali na nich ich koledzy.
Odwróciłem się i zobaczyłem, że Darek już pojechał dalej. Kiedy chciałem wejść na wał po rower nagle wpakowałem się w kępę niezłej wysokości ostów. Pokłułem się dość solidnie - ale taka już ze mnie jest ciapuła. Mam tylko nadzieję, że Darek tego nie widział ;)

Jechaliśmy wzdłuż Baryczy i oglądaliśmy kolejne stawy, które mijaliśmy po lewej stronie. Już powoli zacząłem się martwić, że zaliczymy sporo kolejnych kilometrów zanim je objedziemy, ale... w pewnym momencie woda skończyła się i mogliśmy skierować się w stronę Ryczenia.

Minęliśmy jeszcze niewielką plażę nad stawem i wjechaliśmy do lasu. Na jego skraju ujrzeliśmy tablicę informacyjną przedstawiającą ciekawostki ornitologiczne tych terenów, a naprzeciwko niej... inną tablicę - tym razem z zakazem. Hm... Rozumiemy, że nie wolno się kąpać w niektórych miejscach, ale zakaz kąpieli w takich zaroślach?! ;)

Polną drogą dotarliśmy do Ryczenia i zabraliśmy się za mocowanie rowerów na bagażniku. Jakimś cudem rano łatwiej dały się pospinać paskami, teraz sprawiały trochę kłopotów.
Pamiętacie tego sympatycznego pana, który robił zdjęcia ma moście? Przejeżdżał koło nas kiedy się pakowaliśmy. Zatrzymał się by zamienić z nami parę słów. Było fajnie, troszkę śmiesznie, ale... trochę nam się od niego oberwało za to, że przewozimy rowery samochodem, ale cóż? Takie jest życie...



Tego dnia przejechaliśmy rowerami ok. 32 kilometrów