B.U.L.E.R.

Bardzo Utalentowana Leszczyńska Ekipa Rowerzystów

14 kwietnia 2013 - pierwsza w tym roku wyprawa do Klonówca i Goniembic

Jak zapewne każdy zauważył - zima w tym roku trzymała nas baaaardzo długo w okowach śniegu i mrozu. Właściwie to trudno było tego nie zauważyć: każdy spoglądał za okno i do kalendarza i tylko psioczył, bo z daty wynikało, że już dawno powinno być zielono, a tu... wszędzie biało. Przyznam szczerze, że na koniec byłem już wyjątkowo zły na aurę, że w ten sposób zakpiła sobie z nas w tym roku. Nogi aż świerzbiły, żeby sobie trochę poszaleć na rowerze, a tu nic z tego.

Umówiłem się wstępnie z Darkiem na niedzielę, że jak będzie sprzyjająca pogoda, to wyskoczymy gdzieś razem w plener. I była sprzyjająca pogoda: świeciło słońce, było wręcz gorąco.
Zadzwoniłem do kolegi, który... okazało się, ma już inne plany na ten dzień. Trudno - zdecydowałem się pojechać sam. (Darek, tylko nie chcę już więcej słyszeć, że mnie trudno jest wyciągnąć na rower ;) )

Wyciągnąłem maszynę z piwnicy. W oponach było nawet sporo powietrza! No, o kurzu nie będę wspominać, trochę go było tu i ówdzie... Ale co tam - przecież wiatr, który zapewne znów będzie wiać mi prosto w twarz poradzi z tym sobie bez problemu!

Ruszyłem. Po kilkunastu metrach, kiedy wyjechałem na otwartą przestrzeń okazało się, że tego dnia jednak wieje. Było mi trochę zimno w dłonie i zastanawiałem się czy nie wrócić do domu po rękawiczki. Tak długo ciężko myślałem, że w końcu skończyło mi się Gronowo i już było troszkę za daleko na powrót.

Przejechałem przez krajową piątkę i skręciłem w polną drogę prowadzącą do Gronówka. Jechałem obok płotu, za którym biegał spory wilczur, który najwyraźniej nie darzył mnie sympatią. Nie wiem dlaczego. W każdym razie nie spoglądałem mu zbytnio w oczy, bo nie chciałem, by pies zaczął sprawdzać, czy swoimi zębami przegryzie siatkę ogrodzenia. Z lekką obawą (a co jeśli przegryzie?) zatrzymałem się i zrobiłem zdjęcie wierzbom rosnącym przy drodze.

Ruszyłem dalej. Na polnej drodze wiatr już nie był tak bardzo mocny dlatego jazda była przyjemna. Jechałem sobie powoli wypatrując pierwszych oznak wiosny. Niestety nigdzie ich nie było. Za to na polach stało jeszcze sporo wody... Kiedy robiłem to zdjęcie usłyszałem nagle dziwny dźwięk. Coś jakby konar drzewa ocierał się o inny. Odwróciłem się i spojrzałem do góry, ale drzewa stały wręcz nieruchomo. Zatrzymałem się w bezruchu i próbowałem zlokalizować źródło dźwięku. Po dłuższej chwili zobaczyłem drania! To był dzięcioł z czerwonym łebkiem, który z szybkością kałasznikowa obstukiwał gałąź w poszukiwaniu czegoś smacznego. Byłem zły na siebie. Tuż przed wyjazdem zastanawiałem się czy zabrać ze sobą obiektyw z dłuższą ogniskową. Wtedy zwyciężyło lenistwo, bo nie chciało mi się brać plecaka i teraz miałem za to nauczkę. Nie pierwszą zresztą...

Zły na siebie pojechałem z stronę Gronówka, gdzie przy nowo powstającym osiedlu ujrzałem przykry dla mnie widok. Wiem, że w tym jest jakiś sens, że pewnie trzeba było już wyciąć te drzewa z ważnych powodów, ale ja za każdym razem, jak widzę coś takiego to czuję smutek. Żal mi tych drzew. Rosły tyle czasu, często dziesiątki lat, a giną pod ostrzem piły w kilka minut... Dobrze, że jakoś nikt nie wpadł na pomysł by zasypać mój ulubiony strumyk, w którym tym razem bardzo fajnie przeglądały się rosnące obok drzewa.

Za Klonówcem ktoś wysypał na drogę pokruszone kawałki dachówek. Trochę byłem zły, bo bałem się przebić opony i musiałem jechać poboczem drogi, a nie zawsze było można. Złość przeszła mi kiedy zobaczyłem to miejsce. Sami przyznajcie, że połączenie zieleni pnia z czerwienią drogi jest jakieś takie... fajne?

Skręciłem na drogę do Goniembic. Miałem nadzieję, że na polach zobaczę żurawie, które często lubią tu przebywać. Niestety tym razem nie było tu żadnego. Zatrzymałem się na krótki odpoczynek i po chwili ruszyłem dalej. No i zaczęło się... Zgadnijcie co też takiego zaczęło mnie atakować prosto w oczy? Jeśli ktoś odpowiedział, że tradycyjnie wiatr to miał rację. Tutaj wiało już mocno i nieprzyjemnie chłodno. Pomyślałem, że jak na pierwszy raz to wystarczy i pojechałem w kierunku Leszna.

Jechałem i rozglądałem się wokół siebie. Na polach nie było ani jednego zwierzaka, ale za to w krzakach leżało całe mnóstwo różnego rodzaju śmieci. Nie rozumiem jak ludzie mogą mieszkać mając w swoim sąsiedztwie takie góry śmieci?

Dotarłem do Gronówka. Tutaj poczułem już pierwsze oznaki zmęczenia. Spojrzałem na licznik i... Czyżby to już starość? A może to pozimowe zgnuśnienie? Mam nadzieję, że to drugie, bo ilość przejechanych kilometrów kilka razy wcześniej wielokrotnie przewyższała tę, na którą spoglądałem. Zrobiłem jeszcze zdjęcie tym wierzbom i umknąłem do domu. Żeby nikt nie widział jakiego wyczynu kolarskiego dzisiaj dokonałem ;)


Tego dnia przejechany dystans: aż wstyd się przyznać...