B.U.L.E.R.

Bardzo Utalentowana Leszczyńska Ekipa Rowerzystów

21 lipca 2012: Popołudniowa wyprawa na pola przy Maryszewicach

Nieczynna nastawnia przy nieczynnej górce rozrządowej na stacji w Lesznie Wstyd się przyznać, ale to dopiero pierwszy mój wyjazd w tym roku. Pierwszy z założenia, że pojadę w plener specjalnie po to, by zrobić kilka zdjęć.
Była w miarę przyzwoita pogoda. Uszykowałem sprzęt, wyciągnąłem rower na światło dzienne i... okazało się, że mój licznik kilometrów przestał działać - normalnie na bezczelnego odmówił współpracy! Tak po prostu! Po tylu latach owocnego współdziałania... Mogłem sobie w niego pukać, stukać, chuchać, prosić, grozić i co tam jeszcze, a on nic! Wzruszyłem ramionami - w końcu i bez licznika można żyć - będę liczyć przejechane kilometry na oko ;)

Ruszyłem w końcu w trasę. Nie miałem żadnych konkretnych planów dokąd jechać. Słońce o tej godzinie świeciło nawet fajną barwą. Pojechałem więc w kierunku leszczyńskiego MPEC - miałem nadzieję, że budynki będą fajnie wyglądały w tym świetle. I nie myliłem się. Zrobiłem kilka zdjęć jak zwykle klnąc na wszędobylskie kable, które zawsze muszą wpychać się w kadr. I jak zwykle obiecałem sobie, że muszę się kiedyś w końcu wybrać w to miejsce wieczorem, gdy jest sezon grzewczy. Chcę upolować pióropusz dymu (pary wodnej?) unoszący się z komina i światło odbijające się od nisko płynących chmur... Mniam!

Przejechałem przez Zatorze i wskoczyłem na ścieżkę rowerową wiodącą do Święciechowy. Kiedy zbliżałem się do tej miejscowości usłyszałem jakiś dziwny dźwięk. Nie miałem czerwonego pojęcia co to może być. Brzmiało jak dziecięca zabawka Made In Kraj, Który Produkuje Wszystko Najtaniej. Po chwili jednak zrobiło się cicho (jeśli ciszą można nazwać szum wiatru, który i tym razem jakimś tajemniczym trafem wiał mi prosto... no w co? Taaaak! W oczy!
Kiedy już prawie wyjeżdżałem z obszaru miasteczka usłyszałem ten dźwięk jeszcze raz! Tym razem jednak zdecydowanie głośniej i zdecydowanie dużo bliżej mnie. Wzmogłem czujność - byłem bardzo ciekawy cóż to jest... Po chwili już byłem oświecony. To był samochód rozwożący lody i przyzywający klientów do siebie taką specyficzną muzyczką. Podobną do... pozytywki z horroru... Kojarzycie? Wieczór, skrzypiąca podłoga, niepokojąca muzyka i kamera najeżdżająca na pudełeczko, z którego wydobywają się dźwięki pozytywki. Takie plimki-plimki, plumcia-plumcia i nagle... Trach! Wyskakuje na nas clown! Przyznam się szczerze, że po kilkunastu sekundach miałem już tych dźwięków dość i pojechałem szybko przed siebie.

Wjechałem w końcu na drogę między polami porośniętymi zbożem i kukurydzą. Jeździłem sobie tu i ówdzie, czasami udało mi się pstryknąć jakieś kłosy, albo spłoszyć jakiegoś ptaka. Nazwy potwora nie podam, zdjęcia też nie pokażę, bo wszystko działo się zbyt szybko. Poza tym stałem ze szczęką opuszczoną do ziemi i nie miałem szans na jakikolwiek ruch. Wyskoczyło mi toto znienacka spod koła i o mało co nie zaliczyłem klasycznej gleby. Na szczęście udało mi się wyhamować :)

Kiedy ochłonąłem lekko, łyknąłem trochę wody i pojechałem w kierunku Maryszewic. Skręciłem w nawet fajnie wyglądającą polną drogę i jechałem, jechałem, jechałem... aż nagle skończyła mi się droga. Oczywiście żadnego znaku ostrzegawczego na ten temat też nie było ;) Spojrzałem za siebie - jakieś 150, 200 metrów powrotu. Spojrzałem przed siebie - mniej więcej tyle samo, albo nawet trochę mniej... Decyzja? Jadę dalej. Oj, jakże za chwilę przyszło mi tego żałować. Zboże smagało mnie po nogach, wkręcało się w łańcuch i zębatki. Było ciężko. Na dodatek jeszcze postanowiłem nakręcić króciutki filmik z tej przeprawy. Jechałem więc jedną ręką trzymając kierownicę, a drugą kręcąc film. I tylko czekałem kiedy rzeczywiście się przewrócę... Jakoś ostatkiem sił dojechałem do końca pola i mogłem tam przez chwilę odpocząć. I w tym momencie usłyszałem ponownie... muzyczkę z samochodu z lodami. Chciałem mordować :(

W pewnym momencie coś mi mignęło w kącie oka... Jakiś krótki błysk. Zaciekawiło mnie to i pojechałem to sprawdzić. Po chwili śmiałem się już do siebie, bo okazało się, że to swego rodzaju, nowoczesny strach na ptaki! Ale sami przyznajcie, że to fajny patent?

Byłem już w pobliżu Maryszewic. Zatrzymałem się przy ścianie kukurydzy. Tak - dosłownie była to pionowa ściana przy drodze. Dużo wyższa ode mnie, gęsta, ciemna i tajemnicza we wnętrzu... Moją uwagę przykuły łodygi. Tuż przy ziemi były fajnie zaczerwienione. Ten kolor i zgrubienia od razu skojarzyły mi się z nogami jakichś wodnych ptaków. Zbliżyłem się by zrobić zdjęcia i wtedy odwróciłem się w stronę słońca. Przed oczami miałem liście fantastycznie prześwietlane przez Słońce. Super, naprawdę fajnie to wyglądało.

Powoli kierowałem się w stronę domu. Zbliżała się 19, a trzeba było jeszcze wyprowadzić psa na spacer. Uwierzcie mi - pies na pewno bym mi nie wybaczył spóźnienia z powodu zdjęć tym bardziej, że z pewnością już mu się chciało... ;)
Dojechałem do przejazdu kolejowego na Wilkowickiej. Spojrzałem w prawo i zobaczyłem kolorowe graffiti na ścianie nastawni. Spodobał mi się ten efekt i zatrzymałem się by uwiecznić to na karcie pamięci. Spojrzałem na niebo: Słońce było przesłonięte chmurą, ale wyglądało na to, że za kilka chwil powinno zza niej wyjść i oświetlić budynek lepszym światłem. Postanowiłem poczekać. Czekałem z 10 minut i nic. Po chwili było już z 20 minut i... dalej nic! Zupełnie tak, jakby chmura zatrzymała się w jednym miejscu. Cóż, nie był to jednak czas stracony, bo udało mi się wejść do zniszczonej budki dróżnika i, walcząc z pająkami o pozycję przy oknie, zrobić zdjęcie mojego rowera :) Wyszedłem po chwili na zewnątrz. W sumie nie mam nic do pająków, ale przyznam, że nie bardzo lubię jak pajęczyny oblepiają mi twarz :)
Po chwili chmura zasłaniająca Słońce chyba się nade mną zlitowała i odsunęła się wreszcie na bok. Mnie i budynek nastawni zalało super ciepłe, wieczorne światło... Mogłem fotografować...


Tego dnia pokonałem... kilka kilometrów... (na oko oczywiście ;) )


Na filmiku: moja "walka" ze zbożem...

Jeśli film nie otwiera się w oknie powyżej - jest on też dostępny tutaj