B.U.L.E.R.

Bardzo Utalentowana Leszczyńska Ekipa Rowerzystów

30 kwietnia 2011: Do Czempinia pociągiem - z powrotem do Leszna na rowerach

Na stacji w CzempiniuW trakcie naszych poprzednich wyjazdów wielokrotnie rozmawialiśmy z Darkiem o tym, że ścieżki i leśne drogi w bezpośredniej okolicy Gronowa mamy już prawie opanowane na pamięć i trudno jest znaleźć jakiś ciekawe miejsce do obejrzenia.  Dlatego tym razem postanowiliśmy spróbować czegoś nowego: pojechać gdzieś pociągiem i wrócić stamtąd... na rowerach. Jak na pierwszy tego rodzaju wypad nie chcieliśmy za bardzo szaleć (wiecie: wiek, stare kości, itp.), dlatego nasz wybór padł na Czempiń. W drodze powrotnej planowaliśmy zobaczyć Stadninę Koni w Racocie, ruiny kościoła pw. Świętego Marcina w Gryżynie i Jezioro Wonieść.

Pociąg do Czempinia mieliśmy w sobotę rano o 8 z minutami. Umówiliśmy się więc na 7.15 - żeby spokojnie dojechać na stację, kupić bilety (szok: weekendowy bilet na rower z Leszna do Czempinia kosztuje... 1 zł.!) i załadować się do pociągu (przystosowanego do przewozu rowerów - to ważne dla kogoś, kto, jak my rzadko jeździ naszą koleją, a szuka połączenia w internecie).
Drogę do Czempinia spędziliśmy w towarzystwie młodego kolarza, który jechał na wyścig do Warszawy - Przy okazji pozdrawiamy Pana bardzo serdecznie ;)

Po godzinie jazdy pociągiem wysiedliśmy na stacji w Czempiniu. Właściwie to określenie stacja jest teraz chyba już mocno na wyrost. Kupić biletu na niej już nie można, pociągi tylko się tu zatrzymują, więc jaka to teraz stacja? :( Całe szczęście, że byliśmy ciepło ubrani, bo ranek tego dnia był wyjątkowo chłodny. Owszem, świeciło Słońce, ale powietrze po mroźnej nocy było jeszcze bardzo chłodne.

Po opanowaniu orientacji na wydrukowanej przez Darka mapie ruszyliśmy Węgierską trasą rowerową w kierunku Słonina. Tam, w miejscowym sklepie kupiliśmy wodę i dalej, przez las, dojechaliśmy do Starego Lubosza, gdzie wreszcie udało nam się nabyć jakiś prowiant na dalszą drogę. Kto zgadnie co kupiliśmy? Tak! Zgadza się - kiełbaskę, pieczywo i musztardę ;) Zastanawialiśmy się jeszcze nad zakupem piwa kowbojskiego, ale znając naszą słabość do tego trunku baliśmy się, że nie uda nam się dowieźć go w całości do degustacji w domu, a rowerzysta NIGDY nie pije alkoholu w trasie!

Do Racotu dojechaliśmy fajną ścieżką rowerową. Fajną, bo wzdłuż niej porozstawiane są tabliczki informacyjne o tym, jaka roślinność jest w danym miejscu. Bardzo mi się takie rozwiązanie podobało.
W Racocie, w Parku obok budynków tamtejszej Stadniny Koni, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie ;) Dopiero pierwsze, bo wreszcie w tym roku zaczęliśmy zabierać ze sobą na wyjazdy statyw :)

W Gryżynie zatrzymaliśmy się na chwilę obok kościoła pw. Św. Barbary. Tuż obok niego, z tablicy informacyjnej dowiedzieliśmy się, że obok wybudowana jest zabytkowa lodownia. Spojrzeliśmy w lewo i rzeczywiście tak było! Obok nas, na niewielkiej górce, stał sobie niepozorny, okrągły budynek pokryty strzechą. Fajny, ale nie mieliśmy z Różą zbyt wiele czasu na to, by mu się baczniej przyjrzeć, ponieważ Darek już był daleko w przodzie - z pewnością śpieszyło mu się, by zobaczyć ruiny zabytkowego kościoła pw. Św. Marcina. No, nie ukrywam, że i ja, wiedząc, że coś takiego jest przed nami, też chciałem to miejsce jak najszybciej zobaczyć ;)
Te ruiny, ukryte w niewielkim lasku, od razu wzbudzają zainteresowanie. Widać, że ktoś dba tam o porządek, bo jest tam czyściutko. Co więcej - wewnątrz ruin widać krzyż - czyli czasami muszą się tam odbywać msze.
Zająłem się filmowaniem resztek kościoła moją super kamerą i dlatego nie zauważyłem wtedy tego pięknego medalionu ukrytego w otworze ściany. Na szczęście Darek był na posterunku i zrobił zdjęcie.
Szkoda (a może nie - ze względu na wszędobylskich wandali), że dość trudno dotrzeć tutaj. To przecież spora atrakcja turystyczna tego Regionu.

Stamtąd niedaleko już było do Jeziora Wonieskiego, gdzie planowaliśmy wrzucić coś na ruszt. Z jeziora tego, przez dość sporej wielkości zaporę, nadmiar wody z jeziora wypływa sobie kanałem gdzieś w Polskę.
Byłem tam pierwszy raz w życiu. I pierwszy raz słyszałem tak głośne rechotanie żab. Były ich tam chyba miliardy! Podszedłem do krawędzi wody, żeby nagrać ten dźwięk - zrobiło się wtedy cicho. Na moment tylko. Bo za chwilę zostałem ponownie zaatakowany hałasem rechotu żab. Coraz większym i większym - można powiedzieć, że fizycznie czułem narastający ucisk w uszach. Ale to był taki przyjemny ucisk - można powiedzieć: ekologiczny ;)
Kiedy ja zajmowałem się nagrywaniem żab, Darek, tuż obok w lesie, natknął się na pasiekę. W połowie pustą, bo na kilka uli tylko w dwóch były pszczoły. Reszta była pusta. To był smutny widok. Jestem uczulony na jad pszczół i właściwie to powinienem czuć się bezpiecznie z powodu braku zagrożenia, ale tak nie było... :(

Na plaży w Nowym Dębcu zjedliśmy nasz obiad i... dalej w drogę! Było już po południu, a po porannym zimnie już od dawna nie było ani śladu. Co więcej - zrobiło się bardzo ciepło i woda, którą mieliśmy ze sobą, zaczęła nam się kończyć. Postanowiliśmy kierować się powoli w stronę domu. Oczywiście nie bezpośrednio, tylko przez Drzeczkowo, gdzie obejrzeliśmy pięknie wyremontowany pałac. Szczerze mówiąc - jak dla mnie, jest on taki trochę zbyt... sterylny, ale to jest oczywiście tylko moje zdanie. ;)

Dalej, obok Wolkowa jechaliśmy już w stronę Wyciążkowa. Nagle naszą uwagę przykuła łąką porośnięta niesamowitą ilością kwitnących wtedy mleczy i tylko z JEDNĄ latającą tam pszczołą :(
Nie omieszkaliśmy zatrzymać się i porobić tam kilka zdjęć. I nakręcić kilka klatek filmu, który powinien znaleźć się gdzieś na dole tej strony...


Wyjazd do Czempinia pociągiem i powrót na rowerach: 55 kilometrów


Zapis filmowy naszego wyjazdu

To już chyba taka tradycja, że oprócz opisu i zdjęć obejrzeć możecie filmowy zapis naszych wyczynów ;)

Jeżeli film nie otwiera się w oknie powyżej - jest on też dostępny tutaj