B.U.L.E.R.

Bardzo Utalentowana Leszczyńska Ekipa Rowerzystów

20 sierpnia 2011: Stary cmentarz w Robaczynie, Jeziorko Egelzej w Śmiglu, Elektrownie wiatrowe w Morownicy, Bukowy Jar

Stali czytelnicy naszych opowieści rowerowych zapewne wiedzą, że nasz ostatni wyjazd w tym roku miał miejsce 30 kwietnia. Co zrobić, kiedy pogoda wciąż była nieciekawa, temperatury nie zachęcały do wyjazdów... lato w tym roku właściwie przeszło bez echa. Ni stąd, ni zowąd zrobiła się połowa sierpnia, a nam jakoś nie udawało się umówić na jakiś wspólny wyjazd. Ciągle coś stawało na przeszkodzie - aż wreszcie udało się ustalić wspólny, wolny termin. Tym razem pojechaliśmy tylko we dwóch, z Darkiem.

Umówiliśmy się jak zwykle obok sklepu Malinka w Gronowie na godzinę 7 z minutami rano... Po wymianie porannych grzeczności pojechaliśmy na dworzec kolejowy. Kupiliśmy odpowiedni bilet do Starego Bojanowa, przeszliśmy na właściwy peron i wsiedliśmy do pociągu. Było jeszcze kilkanaście minut do odjazdu, więc wcale nas nie dziwiło, że pociąg właściwie jest kompletnie pusty. Staliśmy sobie w wejściu do pociągu, oglądaliśmy różne napisy informacyjne, słuchaliśmy zapowiedzi pociągów (wiecie, takie coś: [Ding-dong!] Po!... Osobo!... z blblb... do blbblll... wje!-dzie na tor! bllblb-szy przy pero!blbllblb.... ) Śmialiśmy się z tych zapowiedzi, bo jeśli my, Polacy, nic z tego kompletnie nie rozumiemy, to co mają zrobić obcokrajowcy?

Wreszcie pociąg ruszył. Przygodę czas zacząć! ;)
Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do Starego Bojanowa. Zrobiliśmy desant na peron i zabrałem się za sfilmowanie odjeżdżającego pociągu. Kątem oka zarejestrowałem jednak jakieś dziwne ruchy na peronie - czułem, że coś się dzieje. Skończyłem filmować, spojrzałem w lewo no i sprawa się wyjaśniła: Darek spotkał na peronie swojego kolegę! Witali się tak, jakby nie widzieli się sporo czasu. Nie chciałem przeszkadzać, więc zająłem się fotografowaniem budynków stacyjnych.
Było miło, ale czas nam było ruszać w drogę. Przejechaliśmy przez Stare Bojanowo i tuż za nim skręciliśmy w polną drogę (bo jak wiecie: takie enduro - trasy po prostu preferujemy) i chcieliśmy dotrzeć w pobliże gorzelni... ;) Taa, gorzelnia... Już widzę te przymrużone oczy i tajemnicze uśmieszki na twarzach niektórych osób, ale nic z tego - jechaliśmy zobaczyć tylko budynek, który w sumie trochę nas rozczarował.
Pojechaliśmy w stronę Robaczyna, po drodze zatrzymując się na moście nad niewielkim kanałem, gdzie Darek dokonał niewielkich regulacji w swoim rowerze.
Po chwili minęliśmy pole z piękną, dojrzewającą kukurydzą i dojechaliśmy do bramy starego cmentarza ewangelickiego w Robaczynie. To był jeden z naszych głównych celów na ten dzień. Zresztą, z tego, co wiem, to i inni rowerzyści zaglądają w te ciekawe strony. Z daleka widać już było mur okalający cmentarz i wysokie, rosnące tam drzewa. Zapowiadało się ciekawie. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się czegoś takiego w tym miejscu. Owszem, liczyłem się z tym, że będzie tu jakaś mała kapliczka, ale nie takie budynki! To takie trochę tajemnicze miejsce - przynajmniej ja to tak odbierałem... Spędziliśmy tu... właściwie to sam nie wiem ile czasu byliśmy na tym cmentarzu. Było tu tyle ciekawych rzeczy i miejsc do sfotografowania i sfilmowania, że czas sobie mijał, a my robiliśmy swoje...

Pojechaliśmy dalej. Teraz chcieliśmy zobaczyć miejsce, które kiedyś przypadkiem wypatrzyliśmy na Wikimapii. Nazywa się ono Skrzyżowaniem Siedmiu Dróg.
Jechaliśmy przez Nietążkowo. W pobliżu wiaduktu na drodze krajowej nr 5 musiałem chwilkę (Darek, to trwało chyba z 10 minut!) poczekać, aż współrzędne w GPS zostaną skorygowane z mapą i będziemy mogli wjechać do lasu. Liczyliśmy na to, że w lesie przestanie choć trochę wiać, bo jak zwykle - tego dnia cały czas wiało nam w twarz (o tym, że przeważnie mieliśmy też pod górę - nie będę specjalnie wspominać). Bez większych trudności (tylko raz musieliśmy zawrócić) dojechaliśmy w końcu do celu. Hm... Darek specjalnie policzył krzyżujące się tu drogi i wyszło mu, że tych dróg jest osiem! No cóż - może po prostu, w międzyczasie, gajowi dorobili tę ósmą? Żadnych szczegółowych informacji na ten temat nie znaleźliśmy, więc: pamiątkowe zdjęcie, kilka fotek składowych do panoramy dla Was (no ale niestety, mimo najszczerszych chęci, panorama nie wyszła) i... trzeba było znaleźć miejsce, gdzie mogliśmy przebić się" na drugą stronę krajowej piątki.

W Śmiglu planowaliśmy zatrzymać się na chwilę na stacji tamtejszej wąskotorówki - to w końcu chyba żelazny punkt każdej wycieczki przejeżdżającej przez Śmigiel? Mieliśmy jednak trochę trudności w utrzymaniem właściwiego toru jazdy, bo na fragmentach starej drogi prowadzącej do Śmigla ktoś chyba... uczył się malować pasy na drodze. Opanowaliśmy jakoś zawirowania w oczach, wzięliśmy się w garść i dojechaliśmy do stacji ŚKD. Darek przetestował siebie w roli maszynisty leciwego parowozu, stojącego na jednym z torów. No dobra, ja też wszedłem do kabiny tej lokomotywy. Ale tylko po to, by zrobić Darkowi zdjęcie! ;) Chciałem porozglądać się trochę po wnętrzu kabiny, bo jeszcze nigdy w takim miejscu nie byłem, ale... spostrzegłem w oknie lokomotywy pajęczynę, a obok niej jakiegoś potwora, który wpatrywał się we mnie swoimi wielkimi, magicznymi oczami... Wziąłem nogi za pas...

Poczuliśmy lekkie ssanie w brzuchach. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy zatrzymać się na odpoczynek i obiad w okolicach śmigielskiego Jeziorka Egelzej. Jak zwykle planowaliśmy zakupić jakieś buły i giętą... Wszytko byłoby fajnie, ale jeśli z zakupem pieczywa nie było najmniejszych problemów, to już z giętą pojawił się problem. Po prostu w napotkanych sklepach nic z tych rzeczy nie było i dopiero w trzecim czy czwartym, gdzieś w okolicach Rynku udało się coś nabyć.
Chyba to był rok 1989, kiedy byłem w Śmiglu na praktyce - plenerze po pierwszym roku studiów. Łaziliśmy wtedy z kolegami i koleżankami po Śmiglu z teczkami na rysunki pod pachą, ołówkami, flamastrami, kredkami, turystycznymi stołkami do siedzenia, deskami do podkładu i obrysowywaliśmy co tylko się dało. Spotykaliśmy się wtedy z różnym przyjęciem mieszkańców (od jak najbardziej przychylnego do, powiedzmy, niezbyt przyjacielskiego), ale w sumie było fajnie. Śmigiel był wtedy malowniczym, małym miasteczkiem. Dlatego chciałem wykorzystać teraz nadarzającą się okazję i odwiedzić ulicę Zdrojową, która wtedy była moim ulubionym tematem prac. Ech... pamiętam, wtedy, ta ulica była wybrukowana kamieniami, teraz jest już pokryta asfaltem. Niestety, dla mnie nie ma ona już swojego niesamowitego klimatu, jaki miała kiedyś... Szkoda...


Ale dosyć tej nostalgii. Musieliśmy zmykać ze Zdrojowej, bo bacznie obserwował nas pewien jegomość. Nie chcieliśmy mieć poprzegryzanych opon, byliśmy już naprawdę głodni - postanowiliśmy znaleźć Egelzej...

Okazało się, że z dotarciem do tego miejsca nie było większych kłopotów. Poszukaliśmy miejsca, które nie było zajęte przez wędkujących, było za to okupowane przez rodzinę łabędzi - ale to nam nie przeszkadzało. Dorosłe łabędzie obserwowały nas trochę nieufnie, samiec nawet prychał na nas, ale ich latorośle w sumie chętnie wystawiały swoje kuperki do zdjęć...
Zostawiliśmy rowery pod dużym, starym drzewem i zabraliśmy się za jedzenie walcząc o nie z pewną osą, która za wszelką cenę chciała, byśmy i ją zjedli! Jestem uczulony na jad tych bestii, więc pewnie sobie wyobrażacie, co wyprawiałem, żeby uniknąć ukąszenia?
Zjedliśmy, odpoczęliśmy trochę i przyszedł w końcu czas na wiatraki w Morownicy. Kolejny, główny punkt programu wycieczki. Pamiętacie, jak pisałem wcześniej, że w zasadzie nie lubimy jeździć drogami asfaltowymi? Dlatego z Egelzej chcieliśmy jechać polami do wiatraków. Ale tutaj spotkała nas niemiła niespodzianka, ponieważ droga, którą jechaliśmy po prostu nagle... skończyła się wśród zabudowań - zmuszeni byliśmy zawrócić i przeprosić się z normalną drogą. Wiedziałem co nas na niej czeka, bo już kiedyś tędy jechałem: droga pod górę, wiatr w oczy i dość spory ruch samochodów :( Mordęga... którą w końcu pokonaliśmy.
Pod jednym z wiatraków, tym bliższym Śmigla, zauważyć można, że po budowie elektrowni nie ma już śladów - rośliny już wszystko pozarastały. Inna rzecz jest taka, że gondola tego wiatraka, przy obracaniu się, wydawała z siebie wtedy bardzo nieprzyjemne dźwięki - zupełnie takie, jak Godzilla (kojarzycie?). Nie brzmiało to optymistycznie. Mieliśmy wrażenie, że cała budowla za chwilę rozpadnie się na nas, a przecież my mieliśmy jeszcze tyle do obejrzenia tego dnia!
Ci, którzy mnie znają pewnie nie zdziwą się tym, że ja najchętniej bym się spod tego wiatraka nie ruszał, ale widziałem, że Darek już rwie się do drogi. Pojechaliśmy więc dalej - przez Morownicę (przyszykowaną do dożynek) w stronę Podśmigla. Tam planowaliśmy wjechać do lasu... (Byłbym zapomniał: pozdrawiam bardzo serdecznię Panią ze sklepu spożywczego w Morownicy, w którym uzupełniłem zapas wody... Woda była bardzo smaczna i pozwoliła przeżyć pragnienie, które powstało po obiedzie...)

GPS kierował nas powoli w stronę Bukowego Jaru. Po drodze nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zrobić zdjęcia tej paproci. Zatrzymałem się, zszedłem z rowera i położyłem się na ściółce. Była ona taka delikatna i mięciutka - warunki były wprost wymarzone do zrobienia takiego zdjęcia...
Jechaliśmy sobie leśnymi duktami i tak jakoś brakowało nam... Muzy! Nie mieliśmy żadnej wiochy do posłuchania! I co? Darek zaczął śpiewać jakieś piosenki. Takie przeboje.... No, ale jak już pojawiła się Czekolada M. Rodowicz... i mnie się udzieliło... Nieźle to musiało wyglądać z boku: dwóch facetów na rowerach, z rozwianym włosem, jedzie przez las i we dwóch śpiewają pieśń na trzy (albo i więcej!) głosy.
Posuwaliśmy się teraz przez las zdecydowanie wolniej. Dacie wiarę, że leśne drogi, którymi jechaliśmy, jakoś nagle stały się bardziej piaszczyste? Przypadek? ;) Na szczęście jakiś dobry człowiek wybudował w lesie parking, na którym ochoczo zatrzymaliśmy się na chwilę... rozmowy na tematy fotograficzne i ze świata... mody. ;)

Dojechaliśmy w końcu do Bukowego Jaru. Najpierw sprawdziliśmy stan wody w jeziorku niepodal - był teraz zdecydowanie niższy niż w marcu, kiedy byliśmy tu poprzednio.
A Bukowy Jar? No cóż... Wiosną zdecydowanie lepiej wyglądał. Teraz liście rosnące na drzewach zabierają przynajmniej połowę tego uroku, który był na wiosnę. Jeździłem po kilku miejscach jaru próbując zrobić jakieś sensowne zdjęcia, ale nic z tego nie wyszlo - słońce świeciło jeszcze zbyt mocno. Latem nie widać ani pni buków, ani suchych liści na ziemi... Nie, to nie to - zdecydowanie musimy przyjechać tutaj jeszcze raz - jesienią, kiedy pojawią się mgły, a kolorystyka roślinności stanie się bardziej żółto - czerwona. I tak się też umówiliśmy z Darkiem - niedługo odwiedzimy to miejsce ponownie.

Było już dobrze po południu, a mieliśmy odwiedzić jeszcze dwa miejsca. Pojechaliśmy dalej.
Jednym z tych miejsc był drewniany wigwam. Dobrze, że Darek miał ze sobą GPS (ach ta Nokia! To nie to samo, co Sony Ericsson, który ma duże napisy i nie wymaga myślenia przy obsłudze...). Dzięki niemu dojechaliśmy do wigwamu, ukrytego na brzegu jeziorka w lesie. Fajne miejsce (choć już zniszczone) - w sam raz na to, żeby zjeść podwieczorek.
Zobaczyliśmy tego dnia jeszcze to jeziorko ukryte w lesie, przy którym rosła sobie taka sowa, która zapewne była niezłą przekąską wieczorem na kolację dla Darka. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że jadąc brzegiem tego jeziorka chciałem ominąć pokrzywę rosnącą w poprzek drogi. Tak ją ominąłem, że... wpakowałem się w całą kępę podobnych pokrzyw. Twardy byłem, dałem radę, zacisnąłem zęby i nie dałem po sobie poznać, że piekło jak diabli... ;)

I to w zasadzie wszystkie atrakcje tego dnia.
Kluczyliśmy jeszcze troszkę po lesie, szukaliśmy drogi do Wilkowic, gdzie tego dnia odbywał się zlot starych ciągników rolniczych. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy boisku w Wilkowicach, by rzucić okiem na tę imprezę. Pooglądaliśmy te stare smoki, ale po chwili... byliśmy już na ulicach Wilkowic. Jechaliśmy już do domu...


Dzisiejszy wyjazd: Stare Bojanowo - Robaczyn - Nietążkowo - Śmigiel - Morownica - Okolice Smyczyny - Wilkowice: 55 kilometrów i ok. 11 godzin w trasie


Zapis filmowy z naszego wyjazdu

Jeśli film nie otwiera się w oknie powyżej - jest on też dostępny tutaj