B.U.L.E.R.

Bardzo Utalentowana Leszczyńska Ekipa Rowerzystów

11 marca 2011: Rzeczka Samica i bukowy jar

Resztki zapory na samicyZima tego roku była wyjątkowo długa i mroźna. Mrozy zaczęły się już na początku listopada i trwały, praktycznie bez przerwy, do końca lutego. Razem z Darkiem już od dawna planowaliśmy wspólny plener rowerowy w okolicach Mórkowa i Smyczyny. Chcieliśmy pojeździć po tych terenach, porobić trochę zdjęć ciekawych miejsc przy rzeczce Samica i w znajdującym się niedaleko bukowym jarze.
Dni poprzedzające piątek (dzień naszej wycieczki) były bardzo słoneczne i ciepłe. Wszystko wskazywało więc na to, że pogoda będzie nam dopisywać.

Niestety. W piątek w nocy padał deszcz, a rano niebo było zaciągnięte chmurami. Wiał dość mocny wiatr i ogólnie było nieciekawie. Zanosiło się, że nic nam nie wyjdzie z wyjazdu. Na szczęście około godziny 9 niebo zaczęło się przejaśniać - momentami zza chmur zaczęło wyglądać słońce. Padła decyzja: Jedziemy!
Wysłałem sms o tej treści do kolegów z pracy, wydobyłem rower z piwnicy i... sezon rowerowy 2011 został otwarty!

Przekroczyliśmy krajową drogę nr 5 i dalej, przez Wilkowice, asfaltową drogą dojechaliśmy do Mórkowa. Było trochę pod wiatr, ale ogólnie w porządku - dało radę jechać. W Mórkowie zakupiliśmy sobie jakiś prowiant na później i pojechaliśmy dalej, w las...
Już na początku przywitała nas rozmokła, polna droga, na której Darek po raz pierwszy tego dnia sprawdził się jako enduro - cyklista. I ja spróbowałem swoich sił, ale nie ukrywam - po kilkudziesięciu metrach nierównej walki z błotem - poległem.
Dojechaliśmy jakoś do miejsca, gdzie w wąwozie obok drogi płynęła Samica. Zaczęliśmy schodzić prowadząc rowery po zboczu na dół, w kierunku Samicy. Przypominam: jeszcze niedawno były siarczyste mrozy. Ziemia tylko na wierzchu była rozmarznięta i pokryta błotem, które w połączeniu z zeszłorocznymi liśćmi było wyjątkowo śliskie. Bardzo szybko przekonał się o tym Darek, który zaliczył glebę. Nie ukrywam, że na ten widok twarz wykrzywiła mi się w szyderczym uśmiechu (oj, jakże srogo miałem być później za to ukarany...).

Miejsce, w którym się znaleźliśmy, było bardzo ciekawe. Kiedyś musiał tu być sporej wielkości staw - sądząc po wielkości resztek jazu, który zobaczyliśmy. Teraz, niestety, miejsce to jest już zarośnięte krzakami i drzewami (o wszędzie walających się śmieciach nawet nie wspomnę). Szkoda, ale przynajmniej Samica płynie tu sobie fajnymi zakolami :). Oczywiście zatrzymaliśmy się tutaj na dłużej. Porobiliśmy sporo zdjęć Samicy i... grzybom, które Darek wypatrzył na jednym ze ściętych pni. To niesamowite, ale wyglądały nam one na tegoroczne!
Pojechaliśmy dalej, do miejsca, gdzie kilka lat temu Darek zainaugurował swój sezon... kajakowy. Tak, właśnie w tym miejscu rozpoczął wyprawę kajakiem po Samicy, która tamtego roku dość mocno rozlała się po okolicznych łąkach.

Omijając rozlewiska na łąkach jechaliśmy (a właściwie brnęliśmy) dalej. Chcieliśmy dotrzeć do bukowego jaru. Na grząskim terenie jechało się coraz trudniej, zaczynało brakować sił. A tu jeszcze nagle skończyła nam się droga i trzeba było przedzierać się przez las, z którego w pewnym momencie wyskoczyła na nas zorganizowana grupa łań pod przewodnictwem młodego jelonka :)

W końcu dotarliśmy do bukowego jaru. Przyznam się szczerze, że nie spodziewałem się, że to miejsce będzie aż tak fajne. Zbocza po bokach porośnięte wysokimi bukami, poniżej nich prawie żadnej, innej roślinności - tylko zeschnięte, zeszłoroczne liście. Środkiem dość wartkim nurtem płynął strumyk. I do tego nadmorski szum wiatru w konarach drzew - no po prostu miód. Nic tylko rozkoszować się widokiem tego miejsca i robić fotki. Umówiliśmy się z Darkiem, że koniecznie przyjedziemy w to miejsce za pół roku, żeby zobaczyć jar w kolorach jesieni :) Pojechaliśmy dalej obejrzeć staw znajdujący się na przeciwległym końcu jaru. Tutaj starałem się zrobić jak najlepsze zdjęcie miejsca, gdzie przepustem pod drogą wypływała droga z jeziorka. By mieć jak najlepsze ujęcie, kompletnie nie zwracałem uwagi na to, co się dzieje pod moimi nogami. No i na śliskiej trawie połączonej z błotem i liśćmi zaliczyłem pad na tyłek i zjazd do strumienia. Ledwo co nie wpadłem razem z aparatem do wody, ale skończyło się na szczęście tylko zabrudzeniem filtra na obiektywie. Uff!

Powoli kierowaliśmy się w stronę miejsca, gdzie wydobywano kiedyś torf. Cieszyliśmy się, że pojedziemy teraz leśną drogą i będzie nam duuużo lżej jechać. Jakże się myliliśmy! Nie dość, że drogi w lesie były jednym wielkim błotem, to jeszcze cały czas albo wiał nam wiatr w oczy, albo było pod górkę... Las się nie chciał skończyć. Nie dało się normalnie jechać i najczęściej prowadziliśmy rowery po tym błocie. Wierzcie, że kiedy w końcu wyjechaliśmy z lasu na drogę prowadzącą do Wilkowic, to mieliśmy wrażenie, że jedziemy autostradą...


Tego dnia przebrnęliśmy w błocie około 30 kilometrów...

Krótki film z naszej wycieczki

Poniżej przedstawiamy kilka filmowych(!) ujęć z naszego wyjazdu. Może choć trochę przybliżą Wam one atmosferę naszego wyjazdu.
Ten film to moje pierwsze podejście do tego tematu - proszę zatem o wyrozumiałość ;)

Jeśli film nie otwiera się w oknie powyżej - jest on też dostępny tutaj