B.U.L.E.R.

Bardzo Utalentowana Leszczyńska Ekipa Rowerzystów

30 kwietnia 2010: Krótki, improwizowany wypad w plener

Ten dzień ani przez chwilę nie zapowiadał się, że się skończy tak, jak się skończył. Ale po kolei...
Wyjechałem z domu ok. godz. 11 przed południem. Samotnie, bo był to piątek - dzień roboczy i nie miał mi kto towarzyszyć. Nie miałem żadnego konkretnego planu jazdy, więc po prostu skierowałem się w stronę Goniembic. Miałem nadzieję na spotkanie z żurawiami. Niestety zamiast nich, w miejscu, gdzie one często przebywają, byli tym razem jacyś ludzie. Trudno. Pochodziłem więc po okolicy, porobiłem parę zdjęć mleczy, drzew i strumieni, tak, żeby z niczym nie wracać do domu i zaczynałem się zbierać do powrotu. Wtedy przyszła mi myśl, żeby pojechać zobaczyć Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Górce Duchownej, do którego co roku idą piesze pielgrzymki z Leszna. Nigdy tam jeszcze nie byłem :) W Górce okazało się, że kościół jest zamknięty. Zrobiłem zdjęcia na zewnątrz i... co dalej? Dokąd teraz? Hm... szybka burza pomysłów: czy jadę dalej w prawo w kierunku Osiecznej czy może w lewo? Jak w lewo, to może by tak do Morownicy? Zobaczyć wiatraki? Tak! - ta myśl zdecydowanie przeważyła. Wskoczyłem na rower i udałem się w kierunku Sierpowa (tutaj spotkałem na pastwisku fajne modelki ;) ), dalej przez Wydorowo do Radomicka, gdzie przebiłem się przez trasę do Poznania i... wjechałem do lasu. Zdecydowanie bardziej wolę jeździć leśnymi duktami niż poboczami niebezpiecznych dróg asfaltowych. Jechałem dalej prostą drogą przez las nie mając kompletnie zielonego pojęcia, gdzie jestem (mapa oczywiście została w domu), ale za to spotkałem fajną sytuację: na ściętym pniu drzewa zebrała się w dość spora grupka granatowo-czarnych żuków. W pierwszej chwili myślałem, że poprzyklejały się one do żywicy na tym pniu, ale nie! Okazało się, że żuki najzwyczajniej w świecie piły tę żywicę! Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego :/
Na dworze zrobiło się już w tym czasie gorąco i woda do picia zaczęła mi ubywać w zastraszającym tempie. Niedobrze.
W końcu wyjechałem z lasu do jakieś małej wioski, ale nadal nie wiedziałem, gdzie jestem, ponieważ tutejszy znak drogowy nie był zbyt czytelny ;) Krążyłem więc po polach i w końcu rozpoznałem miejscowość na widnokręgu - to był Śmigiel :) Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, ale jak już byłem tak blisko, to wykorzystałem sytuację i pojechałem zrobić zdjęcia stacji wąskotorówki śmigielskiej i śmigielskich wiatraków.
Całe szczęście, że to był dzień roboczy. W jakimś sklepie odnowiłem zapas wody i pojechałem w kierunku Morownicy zobaczyć tamtejsze elektrownie wiatrowe, które - jakże by inaczej - zostały przeze mnie obfotografowane ;)
Sprawdziłem czas: zaczęło się robić późno - nadszedł czas na powrót - tym bardziej, że czekało mnie jeszcze jakieś 30 kilometrów pedałowania. Dodam: pedałowania praktycznie cały czas pod wiatr! To była po prostu droga przez mękę. Byłem już tak zmęczony, że co kilka kilometrów musiałem robić przystanki, bo nogi po prostu zaczynały odmawiać mi posłuszeństwa (jeden z takich przystanków zrobiłem przy bardzo fajnym drewnianym kościele w Bronikowie). Boguszyn, Krzycko Wielkie, Gołanice, Święciechowa - to kolejne miejscowości, przez które przejechałem, by w końcu po 7 godzinach jazdy dotrzeć do domu. Byłem wykończony, odwodniony, ale szczęśliwy, że bezpiecznie wróciłem do domu :)

Improwizowany wyjazd do Śmigla - 74 kilometry w trasie, z czego połowa pod wiatr...